Artykuł ukazał się w miesięczniku "Żagle", nr. 7/2004
Zatrzymaliśmy się „Pogorią” w Bombaju,młodzież ze Szkoły po Żaglami wyruszyła w hinduski interior,a ja studiowalem technikę żeglugi starych dhow,które pod łacińskimi żaglami (bez silnika!) wchodziły wgłąb zatoki.Oto na pełnej szybkości (ok.7 węzłów) kilkudziesięciometrowe dhow sunęły na spotkanie mielizny,muliste dno hamowało pierwszy impet i kiedy już nie można było dalej płynąć,bo statek utknął na dobre, żeglarze brali się do zwijania żagla.Potem wody w przypływie przybywało,stateczki odzyskiwały pływalność i załoga, posługując się długimi żerdziami „na pych” wprowadzała jednostki do portu...
Dla nas,żeglarzy zimnych wód i skalistych zatok,rozmyślne wejście na mieliznę graniczy z herezją,a jazda na pełnych żaglach wgłąb płytkiej zatoki wydaje się nie do pomyślenia.I może dlatego właśnie,że tak rzadko dotykamy kilem dna,boimy się panicznie tej sytuacji.
Może warto,za przykładem odważnych Hindusów,wypróbować czasem,na miękkim gruncie(muł, drobny piasek) manewr,który upewni nas,że wejście na mieliznę nie musi oznaczać tragedii,a procedury wówczas wypraktykowane mogą usprawnić rzeczywiste i nieoczekiwane wejście na mieliznę.
Elementem niezmiennym tego manewru jest zaskoczenie,gdyż nikt o zdrowych zmysłach nie będzie narażał jachtu ryzykując mieliznę.Wydaje nam się,że znamy dokładnie swoją pozycję i płyniemy właściwym kursem,gdy nagłe zgrzytnięcie kilu uświadamia nam,że byliśmy w błędzie.W tym momencie wydarzenia toczą się błyskawicznie.Jeśli jacht płynął kursem na wiatr,jest szansa,że pracujące wstecz żagle wspomogą akcję ściągania...Najczęściej jednak żagle natychmiast trzeba zrzucić,żeby wiatr nie wpychał kadłuba dalej na mieliznę.
Jeśli występuje prąd ważniejsze od rzucenia żagli jest rzucenie kotwicy.Prąd ma tendencję wpychania nas płyciznę i ten proces trzeba powstrzymać.Na wydostanie się pod żaglami są niewielkie szanse i należy je zrzucić.
Istnienie prądu daje nadzieję,że kiedyś woda się podniesie,nawet jeśli w tej chwili opada,a to oznacza,że zejdziemy bez żadnej pomocy przy najbliższej wysokiej wodzie...chyba,że mieliśmy pecha wejść na mieliznę przy wysokiej wodzie!
W każdej z tych sytuacji należy natychmiast uruchomić silnik,bo może uda się „całą wstecz” wycofać z niefortunnej sytuacji.Ale uwaga - dłuższa praca silnika spowoduje zapchanie systemu chłodzenia tym błotem,które sami wzniecamy śrubą.
W każdej z tych sytuacji należy sprawdziś czy nie przybywa wody w zęzach.Jeśli jest dziura w poszyciu trzeba ją jaknajszybciej uszczelnić.Tego manewru (rozbicia burty) nie przećwiczymy,ale sama świadomość,że może nam się taka przygoda trafić,powinna skłonić załogę jeszcze przed rejsem do sprawdzenia (lub przygotowania) awaryjnego plastra.
Rózne są wejścia na mieliznę i różnie z tym problemem radzą sobie kapitanowie.Załoga polskiego jachtu „Czarny Diament” wyrzuconego na rafę Morza Czerwonego przebiła kanał dla jego uwolnienia.Nie wszyscy mają tyle wytrwałości i szczęścia. Najczęściej,gdy już jacht stanie solidnie i widać,że nie ruszy przy kolejnym impulsie wiatru lub silnika bierzemy się do sondowania.
Nie wystarczy sondowanie wokół kadłuba.Ustalenie właściwej drogi wyjścia wymaga najczęściej opłynięcia jachtu bączkiem lub tratwą,a gdy zanurzenie jachtu niewielkie przespacerowanie się dookoła (doradzam linkę asekuracyjną).Ściąganie się na „chybił trafił” to gra w toto-lotka. Dopiero,gdy mamy jasność,gdzie zaczyna się głębsza woda wywozimy w tamtą stronę kotwicę (lub kotwice).Taka zawoźna kotwica nazywa się werp,ale my skorzystamy zapewne z tego co mamy czyli z kotwicy głównej i zapasowej (jeśli jest).
 |
| Wywożenie kotwicy |
Problem zaczyna się z umocowaniem kotwicy na bączku,gdyż kotwica ciężka,a obsługa bączka zazwyczaj jednoosobowa.Jeszcze trudniej,gdy dysponujemy pontonem.Kiedy pierwszy raz wjechałem lekkomyślnie na mieliznę Zalewu Szczecińskiego nie miałem ani pontonu ani bączka - powiązałem tratwę z kół ratunkowych i gretingów,podwiesiłem kotwicę i taki zestaw pchałem przed sobą.Te bohaterskie zmagania zmyły choć w części hańbę koszmarnego błędu nawigacyjnego – płynąłem bez mapy!
Kabel kotwiczny (łańcuch,lina albo kombinacja tych dwóch) powinien znajdować się na bączku w całości,albo w takiej części jaką da się udźwignąć.Początkowo kabel luzuje się z pokładu,ale w pewnym momencie zaczyna on ściągać wioślarza i wtedy trzeba wydawać co jest na bączku.Im dalej uda się wywieźć kotwicę (kotwice) tym pewniejsze ich trzymanie ( o kotwiczeniu patrz Żagle nr....)
Kiedy kotwica dobrze złapała grunt i lina kotwiczna napięta można próbować zmienić trym jachtu przenosząc ciężary np.na dziób bądż spowodować przechył boczny.Wodę ze zbiorników można wypompować za burtę,a do ciężarów przemieszczanych wzdłuż jachtu można dodać ciężar załogi.Załogę można również wykorzystać do rozhuśtania jachtu na boki – gdy kil wyrobi sobie rynnę,łatwiej będzie wycofać się w strone głębszej wody.
Do przechylenia jachtu można również wykorzystać fał foka przyczepiony do drugiej kotwicy,podwieszony bączek lub ludzi na wychylonym bomie itp.
Wreszcie do wszystkich wspomnianych elementów możemy dołączyć spychanie.Przy niewielkim zanurzeniu część załogi może wysiąść za burtę przez co odciąży jacht a żeglarze do burty przyłożą tzw.wektor.Przy większych jachtach do dna sięgnie spinakerbom,którego długość najczęściej przekracza zanurzenie kadłuba.
Sam przeżyłem niezwykłą ( i wstydliwą) przygodę wjeżdżając „Polonezem” na brzeg rzeki Hudson pełną prędkością.Stałem za sterem i ukojony równym rytmem silnika przysnąłem...Obudziłem się rozbijając głowę o bezanmaszt, gdy jacht zatrzymał się na trawie z dziobem wysoko zadartym.Mogę mówić o szczęściu,bo kawałek dalej był most z betonowymi filarami... Wszystkie ciężary – kotwice,żagle,akumulatory przeniosłem na ciągle pływającą rufę,a w części dziobowej z obu burt wstawiłem w grunt spinakerbomy.Potem pozakładałem do obu spinakerbomów talie i przez bloki zwrotne pociągnąłem kabestanami.Z pewnością łatwiej było wjechać niż zjechać,ale spinakerbomy jakoś nie popękały i w końcu kadłub ruszył z miejsca i zsunął się po pochyłości brzegu do wody.
 |
| Gdy wody ubędzie |
Z tym samym „Polonezem” wypraktykowałem inny rodzaj siadania na mieliźnie, bardziej pożyteczny.Otóż w wielu portach świata bywają takie miejsca,przy których żeglarze mogą zacumować i czekać na odpływ,który osadzi jacht bezpiecznie.Wskazano mi takie miejsce w Plymouth ,gdzie wykorzystując czas odpływu mogłem pomalować dno farbą przeciwporostową (antyfoulingiem).
Przypływ podnosi jacht poczem odpływamy na głębsze miejsce – do portu,mariny lub na kotwicowisko.Gorzej jeśli na wodach pływowych siądziemy na mieliźnie i nie mamy czego się przytrzymać.Trzeba się liczyć z tym,że jacht położy się na burtę,a ta pod ciężarem całego kadłuba wgniecie się,przedziurawi lub odkształci..
Gdy jacht już się przechyla,a wody w odpływie ubywa nikt i nic nam nie pomoże.Szybko trzeba szykować „poduszkę”,którą podłoży się pod burtę,by ją ochronić i amortyzować nacisk.W takich sytuacjach ( i nie tylko ) ważna jest znajomość kształtu podwodnej części kadłuba.Na „poduszkę” nadają się worki z żaglami,materace,a nawet prawdziwe poduszki jeśli tylko potrafimy je tak wcisnąć,żeby nie wypłynęły.
Na koniec trzeba powiedzieć o tych najprzykrzejszych sytuacjach,kiedy nie jesteśmy w stanie sami się ściągnąć i wzywamy pomocy.Ratownictwo jest kosztowne i dobrze jeśli możemy wywinąć się prezentami.Przepływająca motorówka lub kuter może nas pociagnąć za darmo,ale nie zawsze trafiamy na tak szlachetne odruchy.
W rejsie „Śmiałego” dookoła Ameryki Południowej wjechaliśmy na mieliznę fiordu patagońskiego pełnym wiatrem i przy najwyższej wodzie syzygijnej.Ściąganie z mielizny trwało parę dni i pewnie nie dalibyśmy rady,gdyby nie pomoc statku.Zakotwiczył na dwóch kotwicach z dziobu i podał hol,który przycumowaliśmy do liny stalowej opasującej cały kadłub i przepuszczonej przez okienko w płetwie sterowej,w którym pracuje śruba napędowa.
Statek bardzo wolno,ale równomiernie zaczął wybieranie swoich kotwic i po minucie „Śmiały” pływał na głębokiej wodzie.
Z tej bardzo pouczającej przygody zapamietałem Jurka Knabego,który z blachy stalowej wycinał szpadel,by nim kopać dno,Ludka Mączkę,który na poczekaniu szplajsował ucha na grubych stalowych linach,Bolka Kowalskiego,który dyplomatycznie negocjował koszt operacji (byłem tłumaczem!) i wreszcie delikatność z jaką duży statek szarpnął zagrzebany w piachu jacht.
Ostrzegam, boleśnie doświadczony przy innych okazjach – napięcia holu są tak potworne,że żadne z urządzeń i okuć pokładowych nie wytrzymuje (knagi wyciągane są z pokładu wraz z „mięsem”), a lina zaczepiona wokół masztu może ten maszt obciąć jeśli wcześniej sama nie pęknie.
Jeśli jacht się zagrzebał w piasku kadłub trzeba otoczyć odpowiednio grubą liną,podwieszoną na cieńszych stropach i próbować ściągnąć holownikiem...
A najlepiej wchodzić na mielizne w znanym miejscu,na dogodnym dnie i wyłącznie dla zaplanowanego postoju.Jak Hindusi w Bombaju.