Kapitan musi być despotą
Krzysztof Baranowski: Wybitny żeglarz (240 tysięcy mil żeglugi), kapitan jachtowy, dziennikarz, nauczyciel, autor kilkunastu książek, jako pierwszy Polak dwukrotnie samotnie opłynął kulę ziemską. Rozpoczynał od pływania kajakiem z dziadkiem. Na wodzie denerwowało go, że on musi się męczyć z wiosłami, gdy żeglarze bez wysiłku mają tyle przyjemności. Pierwszy poważny rejs odbył w latach 1965-66 jako kucharz na pokładzie jachtu „Śmiały" dookoła Ameryki Południowej. Kilka lat później pierwszy raz opłynął samotnie glob na jachcie „Polonez". W latach 80. zainicjował i prowadził rejsy Szkoły pod Żaglami na żaglowcu „Pogoria". W wywiadach przyznaje, że czasami także on płacze na morzu, ale to są łzy wściekłości, których nikt nie powinien zobaczyć. Podczas żeglowania marzy o górach, bo na nartach jeździ od 7. roku życia. Wzorce charakterów czerpał z książek Jacka Londona i Aleksandra Dumasa.
„Kapitan na żaglowcu musi być despotą, a faktycznym wychowawcą młodych ludzi jest morze" - przekonuje w rozmowie z „Cogito" kpt. Krzysztof Baranowski, założyciel polskiej Szkoły pod Żaglami.
***
Kiedy płynął Pan wokół Przylądka Dobrej Nadziei, trzykrotnie wywrócił się Panu jacht. To musiała być tragedia?!
To byto zagrożenie ekstremalne, katastrofa, ale jeśli jacht nie zostanie przedziurawiony i szybko wstanie, to nie zdąży się napełnić wodą i nie utonie. Wówczas musiałem tylko szybko wypompować wodę, posprzątać totalny bałagan. Chociaż w czasie tych trzech wywrotek miałem spore zniszczenia na jachcie, a jeden z masztów się pogiął, to nic poważnego się nie stało.
Często zdarzają się takie sytuacje?
Tak ekstremalne nie, ale zagrożenia na morzu przychodzą z różnych stron: choroba na pokładzie, wypadek kogoś z załogi, zatrucie, zranienie i wreszcie konflikty w załodze, które mogą prowadzić do nieoczekiwanych sytuacji. Kiedyś pływałem z młodzieżą z więzienia i wówczas jeden z członków załogi chciał drugiemu wbić nóż w brzuch. Wszystko się na szczęście dobrze skończyło, a załoga okazała się świetna. W więzieniu, z którego ich brałem, jeszcze dugo po rejsie krążyła legenda, że przypłynie Baranowski i ich stamtąd wyciągnie.
W książce „Kapitan kuk" pisał Pan o czymś, co naturalne na statkach, gdzie ludzie stłoczeni są na małej powierzchni przez długi czas - właśnie o konfliktach ludzkich. Myśli Pan, że taka atmosfera sprzyja kształtowaniu charakteru człowieka?
Konflikty są nieuniknione na pokładzie jachtu, ale to także część wychowania; w życiu młodzi ludzie mają podobnie - też jest ciasno i muszą znaleźć swoje miejsce w społeczności. Nieuchronne są przy tym zatargi.
Zna Pan film „Sztorm" Ridleya Scotta o tragedii szkoły pod żaglami?
Nie tylko film, ale i kapitana, który był pierwowzorem bohatera tego filmu-Chrisa Sheldona. Film oparty był na faktach.
Na niewielkim jachcie szkoleniowym kapitan twardą ręką kształtuje charaktery młodzieńców z bogatych domów. Kapitan jest zbyt twardy, rejs kończy się tragedią, ale i tak chłopcy stają murem za dowódcą. Wspaniały dowód na to, jak bohaterowie dojrzali w trakcie rejsu. Co jest istotne w formowaniu charakteru młodego człowieka na morzu? Siła, charakter, autorytet, konsekwencja...?
To morze jest wychowawcą, dyktatorem, a kapitan tylko organizuje życie na pokładzie, ja także jestem surowym kapitanem, ale nie tak szorstkim jak tamten. Nie muszę swojego autorytetu tworzyć poprzez niecenzuralne słowa i krzyki. On opiera się na tym, co przekazuję załodze, jak do niej przemawiam. Na żaglowcu autorytet ciągle jest narażony na szwank, bo każdym manewrem muszę podtrzymać wiarę załogi w swoje kompetencje.
Gdy jacht wychodzi na morze, to zagrożone jest życie człowieka. Żeby je ratować, kapitan musi załogę skłonić do czujności, przestrzegania zasad bezpieczeństwa, prawidłowej obsługi statku. Czy on to zrobi krzykiem, czy argumentami, czy wyzwiskami, to już inna sprawa. Ale kapitan musi być despotą, bo tego wymaga od niego kodeks morski - on odpowiada za całość.
W filmie „Sztorm" mnie także raziło, że kapitan wyzywa młodego człowieka, by skłonić go do wejścia na maszt. Pływając z młodzieżą, mam ten sam problem, tylko rozwiązuję go inaczej - wytwarzam naturalną rywalizację, by wszyscy chcieli się pokazać, wejść na szczyt masztu.
Szkoli Pan młodzież pod żaglami, a Pan dostał podobną szkołę na morzu?
Nie. Wówczas nie było takich pływających szkół. Długi rejs na „Śmiałym" odbyłem w charakterze kucharza i tam dostałem mocno w kość. Pomysł żeglowania z młodzieżą przyszedł mi do głowy po rejsie do Ameryki z własnymi dziećmi. W ciągu roku szkolnego musieliśmy z żoną prowadzić na pokładzie zajęcia. Gdy wróciliśmy do kraju, dzieci przeszły odpowiednie egzaminy w swojej szkole i okazało się, że dla syna to był najlepszy rok szkolny w całym okresie jego podstawówki, l tak powoli dojrzała myśl, że można prowadzić szkołę na statku.
Morze uczy na pewno odpowiedzialności. Czego jeszcze?
Nauczycieli w Szkole pod Żaglami uderza w oczy fakt, że na pokład przychodzi młodzież, która nie umie sprzątać, gotować, zachować się, nie jest zdyscyplinowana. A dyscyplinę narzuca tu rytm życia. Młodzież zresztą bardzo szybko sama między sobą ustala na statku surowe kary. Bo te trzy minuty spóźnienia na wachtę są bardzo ważne dla tego, który czeka zmęczony, głodny i zmoknięty.
Ja bardzo surowo karzę niepunktualność w trakcie rejsów. Kiedyś dwóch nauczycieli amerykańskich spóźniło się godzinę na pokład. Była godzina otwarcia śluzy, więc wypłynęliśmy w morze bez nich. Statek schowałem za wyspą i czekałem, obserwując przez lornetkę, co się będzie działo. Pojawili się. Siedzieli na ławce, więc wysłałem po nich ponton. Dzięki temu już nie miałem spóźnień na tym rejsie. Jestem gotów poświęcić dobro jednego człowieka, jeśli mam wychować całą załogę.
To żeglowanie faktycznie tak zmienia?
W wieku 15-16 lat młodzież bardzo szybko dojrzewa i to jest najlepszy wiek na kształtowanie charakteru na morzu. Z listów rodziców dowiadujemy się, że po rejsie młodzi używają innego języka, innych argumentów. Czasami tak szybko dorośleją, że przestają się rozumieć z kolegami, którzy zostali w szkołach. Krnąbrnych żeglowanie uspokaja, ale najlepszym materiałem do kształtowania jest cicha, spokojna, zalękniona młodzież, inteligentna, dobrze wychowana, z dobrych domów. W ich przypadku efekty szkoły pod żaglami są niezwykłe na przestrzeni całego życia. Oni robią potem największe kariery.
Pamięta Pan jakiś wyrazisty przykład?
Najgorszy uczeń Szkoły pod Żaglami jest w tej chwili deweloperem w Nowym Jorku. Zarobił fortunę, zaprasza kolegów z tego rejsu, ma własny jacht, wygrywa regaty. Ci dobrze wychowani potem najczęściej wykonują wolne zawody, są wybitnymi specjalistami. Efekty są niewiarygodne. Wiem, bo spotkaliśmy się 20 lat po rocznym rejsie do Indii.
Rozmawiał: Krzysztof Boczek