Nie jestem filozofem, więc definiowanie uczuć przychodzi mi z trudnością. Ale jako nawigator mogę mówić o szczęściu. Jak wiadomo alpiniści pchają się w wysokie góry, a żeglarzy coś gna na wielką wodę, a może i dalej.
Ale zawsze tak było. Pod żaglami odkrywano nowe lądy, prowadzono wyprawy łupieskie, walczono o dominację nad światem. Być może mało kto kojarzył to wówczas ze szczęściem, ale gdy z rozwojem cywilizacji silniki parowe, a potem wysokoprężne wyeliminowały potrzebę wiatru, żywioł ten służy głównie przyjemności żeglarzy.
Kiedy się płynie ważny jest kierunek wiatru i jego siła, wysokość fali i jej charakter, nastrój załogi i apetyt na kolejny posiłek. Proste, najbardziej prymitywne potrzeby i dążenie, żeby dotrzeć byle gdzie, byle na drugą stronę, byle jeszcze trochę się pokołysać w rytm fali i wiatru. Bo to właśnie jest szczęście żeglarza.
Szczególnym przypadkiem jest żeglarz samotny, który skazuje się dobrowolnie na osamotnienie, żeby załoga nie przeszkadzała mu w delektowaniu się tym szczęściem. Z drugiej strony żeglarz musi się wykazać umiejętnościami wszystkich załogantów razem wziętych, bo w istocie jednoosobowo pełni wszystkie funkcje równocześnie – jest kapitanem, nawigatorem, bosmanem, żaglomistrzem, mechanikiem i kukiem, a zarazem stewardem i sprzątaczką. Może ze sprzątanie niewielka płynie satysfakcja, ale samodzielnie przeprowadzić jacht na drugą stronę oceanu to już jest coś. Dzień po dniu zdaje się egzamin z zaradności, z wysokich kwalifikacji, z umiejętności rozwiązywania nieoczekiwanych problemów.
Skazany na towarzystwo mew, albatrosów, delfinów i wielorybów samotny żeglarz jest jak pustelnik, który jednak ma to szczęście, że jego krajobraz zmienia się z każdą falą, przybiera różne kolory o zmierzchu i o świcie i , co najważniejsze, towarzyszy mu w drodze. Dłuższa samotność oraz nieustanne czuwanie wobec nieustannego zagrożenia sprawiają, że samotny żeglarz (podobnie jak pustelnik) wprawia się w stan mistycznego uniesienia. Zaciera się granica snu i jawy, odnajdują się zapomniane instynkty, jak telepatia czy jasnowidzenie, wyostrzają się zmysły. Szczęście na równi z rozpaczą stają bliskim towarzyszem podróży. Zarówno jedno jak i drugie uczucie może się pojawić z byle błahego powodu.
Inaczej jest w rejsach załogowych, gdzie o nastroju decyduje samopoczucie całego zespołu. Rolą kapitana jest czuwanie, żeby ten wieloosobowy organizm funkcjonował sprawnie, żeby jacht był zadbany, a cel podróży osiągnięty szybko i bez strat własnych. Z jednej strony potrzebna jest mobilizacja wszystkich uczestników rejsu do wspólnego wysiłku, czasem wcale nie małego, z drugiej uświadomienie im, że robią to dla własnej przyjemności. Jeśli te wszystkie elementy uda się harmonijnie dopasować, kapitan może się uważać za szczęśliwego.
Pozostały jeszcze żaglowce szkolne i treningowe, na których pływają młodzi ludzie kandydujący do zawodu marynarza albo chcący przeżyć prawdziwą morską przygodę. Okazuje się bowiem, że obcowanie z siłami natury stanowi znacznie skuteczniejsze narzędzie wychowawcze niż obsługa bezdusznych maszyn.
W ślad za statkami szkolnymi powstały również żaglowce zarejestrowane jako jachty , a więc służące rekreacji i turystyce. To na nich młodzi ludzie mogą zetknąć się ze szczególnym rodzajem pracy zespołowej, która tworzy załogi zdolne do uruchomienia skomplikowanego mechanizmu z lin i żagli.
Dziś pod żaglami wykuwa się charaktery młodych ludzi, którzy – jeśli im szczęście dopisze – popłyną w rejs na spotkanie z trudnym partnerem jakim jest morze.
Kiedy stoję na nawietrznej burcie takiego żaglowca, spod dziobu lecą bryzgi spienionej wody, a za rufą pozostaje biały warkocz kilwateru to też czuję się szczęśliwy. Nie tylko dlatego, że znalazłem się sam w tak wspaniałym miejscu, ale również dlatego są ze mną dzieciaki, którym mogę pokazać coś urzekającego, co wpłynie na ich psychikę, a może zmieni ich życie.
Minęło już ćwierć wieku takich rejsów noszących nazwę Szkoły pod Żaglami i dawnych wychowanków spotykam przy okazji rejsów wspominkowych lub też bez żadnej okazji. Ci dorośli ludzie wspominają tamte rejsy jako przełom w postrzeganiu świata. Ich życiowe kariery potwierdzają, że daleko odeszli od przeciętności i najczęściej wybili się ponad swoje środowisko, a niektórzy również ponad perspektywy własnego kraju.
Widocznie perspektywa z wysokości masztu na bezkresny horyzont ma w sobie tajemną moc sprawczą, a z pewnością wyrabia odwagę nie tylko potrzebną do wejścia na rozkołysaną reję do obsłużenia żagla, ale również odwagę kreślenia śmiałych planów na przyszłość. Z drugiej strony morze kształtuje w żeglarzach cierpliwość, która pozwala później owe plany realizować…
Kiedy więc fala podnosi pokład w spokojnym rytmie, wiatr świszcze na wantach a płótna żagli wznoszą się nad głową niczym potężna katedra czuję się szczęśliwy.
I nawet jeśli jestem daleko od morza, siedzę przy redakcyjnym biurku, a szczelnie zamknięte okna oddzielają mnie skutecznie od podmuchów wiatru wystarczy, że przywołam ten obraz rozpędzonego żaglowca na rozkołysanym morzy i od razu jest mi lepiej.