Czemu ryzykują, skazują się na samotność i narażają życie przebywając olbrzymie przestrzenie oceanów? Oto garść refleksji jednego z nich.
Na egzaminie kapitańskim miałem za zadanie wykonać zwrot przez sztag na jachcie dwumasztowym… ale bez dotykania steru. Chyba był to manewr mojego życia, nie tylko ważny dla przebiegu samego egzaminu, ale stanowiący kwintesencję samotnej żeglugi, albowiem na to, by płynąć przez oceany trzeba się nauczyć tak prowadzić jacht, by nie było potrzeby siedzenia przy sterze. Dla mnie był to więc kolejny etap wtajemniczenia żeglarskiego. A gdy już raz zasmakowałem samotności na oceanie bardzo mi się to spodobało.
Nieco inną motywację prezentują „ściganci”, dla których regaty samotnych żeglarzy są jedną więcej okazją do rywalizacji. Zamiast polegać na zespole ludzi pokazuję, że potrafię wszystko zrobić sam. W regatach jak i rejsach po rekord trzeba płynąć jak najszybciej, wybierać trasę optymalnie, nigdzie się nie zatrzymywać i niczego nie oglądać, najczęściej korzystając z pomocy tzw. routiera, który wybiera trasę pod kątem najkorzystniejszej pogody i odpowiednie wskazówki przekazuje drogą radiową.
Są wreszcie i tacy, którzy widząc jak media traktują samotnych żeglarzy, wypływają w rejs, by zdobyć sławę, a może i pieniądze. Taka motywacja najczęściej nie rokuje dobrze i sława kończy się na zapowiedzi sukcesu, a rejs na rafach - rzeczywistych albo przenośnych.
Strach
Jednym z elementów samotnej żeglugi jest strach. Jacht ustawiony na samosterowność będzie swój kurs względem wiatru utrzymywał jeszcze długo po tym, jak żeglarz wypadnie za burtę. Jest więc strach przed wykonaniem tego jednego kroku za daleko, pośliźnięciem się czy straceniem równowagi. Noszenie szeleczek, wpinanie się w stałe elementy takielunku, ostrożność w poruszaniu się po pokładzie swoją drogą, a strach swoją.
Jest również strach przed chorobą czy kontuzją, bólem zęba czy niestrawnością, nadchodzącym sztormem czy nawet opadającym ciśnieniem, które sztorm zapowiada. I dopiero, kiedy wiatr wyje w olinowaniu, a barometr idzie w górę przychodzi radość, że najgorsze już minęło.
Tymczasem żegluga trwa dzień po dniu i nic się nie dzieje. Być może organizm sam z siebie wie, że pomocy nie będzie i powstrzymuje dolegliwości, które kiedy indziej same by się ujawniły. Żeglarz nie zawsze jest w stanie ocenić czy i co mu dolega. Leonid Teliga narzekał od początku swojego rejsu dookoła świata na lumbago, w istocie była to choroba nowotworowa, która po dwóch latach nie pozwoliła żeglarzowi powrócić do kraju pod żaglami.
Po kilku dniach lub tygodniach żeglugi oswajamy się ze strachem, a czasem o nim zapominamy. Ale gdy zapomniałem o nim zupełnie i rozpocząłem po trzydziestu prawie latach kolejny samotny rejs, wszystko powróciło.
Jedzenie
Z braku wydarzeń w monotonii samotnego rejsu sprawy żywieniowe urastają do rangi nadzwyczajnej, co można wyczytać z każdej relacji samotnego żeglarza. Dziś powszechnie stosuje się produkty liofilizowane, by oszczędzić na wadze i miejscu, natomiast co do różnorodności smaków tych produktów istnieją różne, rozbieżne zdania.
Dawniej, gdy trzeba było na dwa miesiące zabrać świeże jajka, sposób ich konserwacji urastał do problemu epokowego. I takim że odkryciem było dla mnie zrozumienie, że żółtko opada w białku około tygodnia zanim przylepi się do skorupki i zacznie się psuć. Wystarczyło w cyklu tygodniowym obracać niczym klepsydrę cały karton jajek, by przedłużać ich świeżość do kilku miesięcy.
W ostatnim rejsie trasą pasatową (czyli w wyższych temperaturach) byłem mniej wyrafinowany w doborze jedzenia i jechałem na chińskich zupkach i keksie.
Kuba Jaworski pytany o to jak się żywił w czasie regat przez Atlantyk (trzy tygodnie) odpowiedział, że nic nie jadł, bo zajmował się żeglugą. Sądząc z barwnych opisów innych żeglarzy nie jest to regułą.
Przeżycia metafizyczne
Samotna żegluga to trwanie na pograniczu snu i jawy. Na żeglarza czeka zawsze jakaś praca i czasami zmęczenie bierze górę. Przy braku snu pojawiają się dość niepokojące zjawiska w postaci halucynacji, niekontrolowanej utraty świadomości czy przedłużeniu czasu snu ponad dopuszczalną miarę. Dość niedawno jeden z żeglarzy francuskich przygotowujących się do Transatu wjechał na skały u brzegów Azorów i dopiero wtedy się obudził. Z jachtu pozostały drzazgi.
Mnie zdarzyło się zaspać, gdy jacht żeglował w bliskim sąsiedztwie brzegów australijskich. Obudziłem się 3 mile od brzegu, jacht trzymał kurs równoległy do plaży, bo tak został wcześniej ustawiony samoster, ale gdyby wiatr zmienił kierunek wjechalibyśmy na brzeg.
Samotna żegluga to nieustanna wachta i, jak zwykle na wachtach bywa, jest czas pomyśleć o tym i o owym. Jest czas by snuć ambitne plany na przyszłość i nic nie wydaje się stać na ich przeszkodzie. Co ciekawe, mimo późniejszych przeszkód na lądzie, większość z tych planów udaje się realizować, gdyż żeglarz uwierzył w swoje możliwości.
Seks na gołym pokładzie
Mankamentem samotnej żeglugi jest… samotność. A nie każdy jest pustelnikiem. Snuje więc samotny żeglarz różne wizje na temat tego co będzie robił, kiedy już rejs się skończy albo chociażby dopłynie do najbliższego portu. Co ciekawe, niektóre scenariusze miłosnych podbojów udaje się zrealizować, bo - jak wcześniej powiedziałem - żeglarz uwierzył w swoje nieograniczone możliwości. Z drugiej strony prawdziwy wilk morski (niezależnie od tego jak bardzo prawdziwy) w dodatku „osmagany wichrami” jest zawsze mile widziany w mieszanym towarzystwie. A nuż opowie jakąś mrożącą krew w żyłach opowieść spod Przylądka Horn.
Póki co żeglarz z utęsknieniem czeka na port, a później okazuje się, że w skali priorytetów znacznie ważniejszy jest ciepły prysznic i dobry obiad, a potem długi nieprzerwany sen. Dopiero potem żeglarz rozejrzy się za towarzystwem i najczęściej kończy się to długą rozmową z barmanką, która usłyszy zapewne rozszerzony życiorys, sprzeda parę drinków i na tym się skończy.
Niektórzy zapobiegliwi żeglarze i tę sferę życia potrafią zaplanować i na miejsca etapowe swojego rejsu wysyłają swoje żony, przyjaciółki i znajome.
Depresje rejsowe i porejsowe
Długotrwały rejs oceaniczny w sposób szczególny działa na psychikę żeglarza. Zły nastrój czy wręcz depresję mogą spowodować błahe z pozoru przyczyny: nie działający przyrząd, nieudana łączność radiowa, słaby postęp w żegludze, brak wiatru. Faktem jest, że w czasie ciszy samoster nie działa i utrzymanie kursu jest niemożliwe. Wprawdzie jacht nigdzie nie płynie (co też denerwuje), ale fakt, że nie stoi dziobem we właściwą stronę powoduje bezsilną wściekłość. Na to wszystko nakłada się rozkołys martwej fali, hałas takielunku, trzaskanie żagli i poruszających się przedmiotów i wtedy do szaleństwa brakuje już niewiele.
Gdy długi rejs się skończył żeglarz przeżywa finałową ekstazę, ale wraz z powrotem zaczyna się najcięższa ze wszystkich depresja. Gdy niezwykle trudny cel został osiągnięty trzeba powrócić do zwyczajnego życia, pracy przy biurku obowiązków zawodowych. Charakterystyczne jest to, że prawie żaden z samotnych żeglarzy nie wraca po długim rejsie do tego samego zawodu, tej samej pracy lub tej samej żony. Chętnie też pamięta się o swoich szczęśliwych dniach na morzu zapominając o trudach przygotowań. I przy planach kolejnego rejsu zaczyna się dramat: żeglarz, wbrew pozorom, może mieć większe trudności niż przy pierwszym rejsie. Depresja się pogłębia i w niektórych wypadkach, jak u Nigela Tetleya, prowadzi do samobójstwa. W wypadkach łagodniejszych, jak u autora niniejszego artykułu, pozostaje tęsknota za morzem.
Jeśli prześledzić losy znanych samotnych żeglarzy, zawsze gdzieś przebija nutka tragiczna. Trzeba o tym pamiętać i mieć nieco wyrozumiałości dla byłych samotnych żeglarzy…