Miałem szczęście brać udział w pierwszej wielkiej wyprawie oceanicznej pod żaglami dookoła Ameryki Południowej na jachcie Śmiały i wtedy pierwszy raz pomyślałem o Przylądku Nieprzejednanym.
Jakież było moje rozczarowanie, gdy kapitan Bolesław Kowalski oznajmił, że nie popłyniemy wokół Hornu tylko przez Cieśninę Magellana.
 |
| Cieśnina Magellana z lotu satelity |
Dziś chwalę tę decyzję, gdyż może nie miałbym okazji zwiedzać dzikich i urokliwych kanałów patagońskich (czytaj Zydlera w marcowym numerze „Jachtingu”). W chilijskim Punta Arenas miejscowe dziewczyny nauczyły nas patriotycznej piosenki, która mówi, że kto zje owocki
 |
| Calafates |
miejscowego berberysu calafates ten musi powrócić w te okolice. Do dziś pamiętam te słowa:
Hay que come calafates ha de volver
Zajadaliśmy calafates, śpiewaliśmy piosenkę i naśmiewaliśmy się z przepowiedni. A tymczasem nie minęło wiele czasu, gdy zaczęliśmy powracać. Jeden jako oficer na statku handlowym, drugi z wyprawą kajakową trzeci jako turysta. Mnie przypadł Przylądek Horn w samotnym rejsie dookoła świata na jachcie Polonez.
Muszę rozczarować Czytelników. Nie było walki z siłami natury, nie było sztormowania, a ogromne fale zagrażające całości jachtu już mnie zdążyły sponiewierać na Oceanie Indyjskim. Na 100 mil przed Przylądkiem jacht stanął unieruchomiony ciszą. W przejrzystym powietrzu widać było ośnieżone szczyty Andów. Po rekordowym przelocie z Australii (zapisanym później w księdze Guinessa) ten bezruch na oceanicznym rozkołysie był szokujący. Postawiłem spinakera, bardziej dla fasonu niż z rzeczywistej potrzeby, ale tak wiele nieprawdopodobnych wydarzeń miałem na swoim koncie, że nie liczyłem że ktoś uwierzy w moją relację…
Gdy zapadła noc i wiatr się ożywił, okazało się, że trzeba iść ostro na wiatr, a na kursie wyspy Diego Ramirez. To miejsce w Cieśninie Drake’a znane jest z silnych prądów. Konieczność określenia swojej pozycji zmusiła mnie do wyciągnięcia sekstantu (GPS wtedy nie istniał) i polowania na Księżyc i gwiazdy. Szczęściem właśnie światło księżyca pozwoliło wypatrzyć zarys groźnych wysp na zawietrznej. A potem poszedłem spać ustawiając jacht na samosterowność. Gdy wstałem o świcie przed dziobem widać było Przylądek Horn…
 |
| Horn za rufą "Poloneza" (1973) |
Trzy dni później zawijałem do Port Stanley na Falklandach w pogodzie sztormowej. Przy Hornie dmuchało 12°B. Zbiegiem okoliczności Przylądek okrążał wtedy inny polski jacht Euros z kompletem załogi pod dowództwem Aleksandra Kaszowskiego. Jeszcze inny polski jacht Konstanty Maciejewicz pod Tomaszem Zydlerem (tym samym, który dziś jest autorem "Jachtingu") zmierzał na Horn od strony Atlantyku. Był rok 1973.
Siedem lat później wyprowadzałem Pogorię w dziewiczy rejs oceaniczny. Polska Akademia Nauk chciała wypróbować transport żaglowy dla wymiany ekip na stacji antarktycznej im. Arctowskiego. Celem rejsu była więc wyspa King George w Południowych Szetlandach. Na południowym Atlantyku trzymaliśmy się brzegów Argentyny, bo tak zalecają Ocean Passages for the World. Minęliśmy wejście do Cieśniny Magellana i wzdłuż Ziemi Ognistej trafiliśmy na wejście do Cieśniny Le Maire. Wiatr był pomyślny i po raz kolejny miałem Przylądek na kursie. I jak poprzednio zapanowała cisza… Rozumiałem oczekiwania załogi, z których każdy (jak ja kiedyś) chciał zaliczyć Horn, więc uruchomiłem silnik. Wszystko zapowiadało się dobrze, ale na 60 mil przed Hornem wysiadło sprzęgło i stanęliśmy bezradnie kiwając się z burty na burtę. Usuwanie awarii trwało wiele godzin i tyle czasu trwało bezwietrze. Szkwał z zachodu o sile 12°B przyszedł w środku nocy, gdy silnik był już naprawiony. W świetle salingowych halogenów widać było biały spieniony dywan na powierzchni morza, odkosy dziobowe uciekającego z wiatrem jachtu i filigranowe sylwetki ludzi mocujących się na rei z niesfornym żaglem. Gdy na porannym apelu mówiłem załodze, że nie będzie tym razem Hornu, bo czeka nas poważniejsze zadanie, położone jeszcze dalej, w wielu oczach widziałem łzy…
W powrotnej drodze z Antarktyki, przy silnym zachodnim wietrze o Hornie nie było mowy. Celowaliśmy na Falklandy, a przeżycie huraganu w Zatoce Admiralicji chyba wyczerpało potrzeby załogi na jeszcze więcej „niedźwiedziego mięsa”. Horn pozostał na trawersie w odległości kilkuset mil.
Nie wiem czy był to ciągle skutek calafates, ale w roku 1988 jeszcze raz odwiedzałem Pogorią Ziemię Ognistą. W Ushuaia wysiadła część załogi i zaokrętował drugi semestr Międzynarodowej Szkoły pod Żaglami. Z piętnastoletnimi Rosjanami, Amerykanami i Polakami zamierzaliśmy popłynąć w kanały patagońskie, ale mimo poparcia Waszyngtonu ( o Moskwie nie wspominaliśmy) władze chilijskie nie wyraziły zgody i jedynym sposobem kontynuowania podróży na Pacyfik było okrążenie Hornu.
Z początku wszystko zapowiadało kolejną niespodziankę bezwietrza – trawers Hornu osiągnęliśmy na silniku, a gdy parę godzin później przyszedł przeciwny wiatr, to tak silny, że zmiótł co było postawione – grot poszedł w strzępy, a kliwry trzeba było pozrzucać pozostawiając jakieś chusteczki do nosa.
 |
| 2 tygodnie halsówki "Pogorią" (1988) |
Tym razem wszystko odbywało się jak opisuje literatura. Jeden hals w stronę Antarktydy, drugi hals w stronę Ziemi Ognistej i tak przez dwa tygodnie. Minęło Boże Narodzenie, minął rozkołysany Sylwester i Nowy Rok. Zaczynało brakować wody i paliwa, a oficerowie po katach szeptali czy nie lepiej wrócić z wiatrem na Atlantyk. Młodzież miała zakaz pokazywania się na pokładzie, żeby kogo czasem nie zmyło. Tymczasem kołysaliśmy się na ogromnych wodnych pagórach halsując beznadziejnie pod nadlatujące niże. Wreszcie niewielka odkrętka wiatru na SW pozwoliła wyrwać się z kleszczy Hornu, skoczyliśmy kursem północno zachodnim, ale odetchnęliśmy z ulgą dopiero w Valdivii.