Szukaj na stronie    
   
· O sobie · Jachty · Rejsy · Książki · Filmy ·  Wywiady · Publicystyka · Oferta · Kontakt · Dziennik · Poczta butelkowa ·
· Sklep ·
Drobinka na wielkim oceanie
 

 

„Kiedy podczas rejsu człowiek jest w euforycznym nastawieniu, że ma cały świat u stóp, chociaż jest drobinką na wielkim oceanie, to potem łatwo przychodzi mu realizacja nawet bardzo ambitnych planów. Zmaganie się z  morzem pozwala poznać swoje wewnętrzne predyspozycje i daje wiarę, że możemy wiele osiągnąć.”

 

Rozmowa z kapitanem Krzysztofem Baranowskim, żeglarzem, który jako pierwszy Polak dwukrotnie opłynął samotnie kulę ziemską.

 

Prowadził Pan niedawno uroczystość podczas której ochrzczony został jacht Allianz.pl kapitana Kaczorowskiego. Jak wspomina Pan to wydarzenie?

 

Chrzest jachtu to zawsze miła chwila, nie tylko dla kapitana, ale i dla wszystkich ludzi zaangażowanych w projekt. To, że pani prezes Olga Doan rozbiła butelkę o burtę bardzo dobrze wróży dla tego jachtu. Z bogatego doświadczenia wiem, że gdy butelka się nie rozbije, jacht czekają kłopoty.

 

Jest pan żeglarzem, kapitanem, wychowawcą młodzieży, propagatorem żeglarstwa, budowniczym jachtów. Wszystko kręci się wokół żeglarstwa, skąd ta pasja?

 

To może zabrzmi jak anegdota, ale chodziłem do szkoły podstawowej wzdłuż rzeki, można powiedzieć – z prądem, także do liceum chodziłem wzdłuż rzeki i mimo, że w drugą stronę, nadal z prądem. Mieszkałem po prostu w rozwidleniu rzeki Odry. I to było trochę symboliczne. Już jako 14-letni chłopak trafiłem do klubu żeglarskiego, ale nie przyjęto mnie ze względu na zbyt młody wiek. To był klub studencki. Kiedy jednak przyszła zima i trzeba było remontować jachty i ciężko przy nich pracować, okazało się, że wiek przestał przeszkadzać i tak jako 15-latek byłem już członkiem żeglarskiego klubu akademickiego.

 

Czy żeglarstwo to Pana zawód?

 

Żeglarstwo traktowałem zawsze jako zajęcie amatorskie. Skończyłem studia inżynierskie, jestem magistrem inżynierem elektroniki. Potem skończyłem jeszcze Studium Dziennikarskie na UW i przez jakiś czas byłem dziennikarzem specjalizującym się w publicystyce naukowej. Tematyka morska i żeglarska przeważyły jednak z czasem. Byłem publicystą, komentatorem telewizyjnym, wreszcie reżyserem i operatorem filmowym, a wszystko kręciło się wokół żeglarstwa, mojej największej pasji.

 

W takim razie, jak wyjaśnić fakt, że swój pierwszy rejs odbył Pan jako kucharz…

 

Mija akurat 40 lat od rejsu na Śmiałym, był przełomowy dla polskiego żeglarstwa i bardzo się cieszę, że mogłem w nim wziąć udział, aczkolwiek wtedy nic na to nie wskazywało. Jako reporter pewnej gazety byłem dopuszczony do rejsu próbnego. Na udział w całym rejsie nie było co liczyć, bo nie było już miejsca. Podczas rejsu próbnego kucharz zniechęcił się surowością kapitana i wysiadł na brzeg. Nikt się nie palił, żeby objąć tę funkcję, więc ja zaproponowałem swoje usługi, chociaż ani nie umiem, ani nie lubię gotować... Starałem się bardzo! Zakwalifikowałem się do tego rejsu w roli kucharza, chociaż miałem już wtedy stopień kapitana. Ta zabawna zamiana ról zaowocowała książką zatytułowaną „Kapitan kuk” i dała możliwość obserwacji potknięć i sukcesów kapitana. Sam będąc kapitanem byłem w stanie ocenić jego manewry i strategię. Taki długi rejs był niezwykłą próbą wytrzymałości i charakterów nas wszystkich, dał mi olbrzymie zasoby cierpliwości na kolejne rejsy, a także poczucie, że kapitan w dużej mierze zależy od załogi. Byłem ciekaw, czy kapitan będący w załodze potrafi sam poradzić sobie jako kapitan i tak powstał pomysł na pierwszy samotny rejs dookoła świata.

 

Samotnie dookoła globu wyruszył Pan dwa razy…

 

Tak, rejsy odbyły się w odstępie 30 lat. Pierwszy poprzedzały wielkie regaty przez ocean. Nikomu nie mówiłem wtedy, że chcę płynąć dookoła świata. Żeby wystartować w tych regatach, musiałem wygrać eliminacje, którymi objęto wszystkich polskich kapitanów. Do bezpośredniej walki zgłosiło się wprawdzie tylko 15, ale i tych 15 trzeba było pokonać.

 Po regatach samotnych żeglarzy przez ocean, na fali entuzjazmu po zajęciu dobrego miejsca, zaproponowałem, że odbędę rejs dookoła świata trasą wokół Antarktydy. W tych czasach, czyli na początku lat 70-ątych, było zaledwie parę osób na świecie, które opłynęły świat samotnie właśnie tamtędy. Jest to szlak dawnych żaglowców, wieją tam silne wiatry i pojawia się bardzo wysoka fala. Jest to droga dość niebezpieczna.  Poszło mi jednak dobrze i po latach, gdy zapomniałem o trudach tego rejsu, postanowiłem znowu popłynąć samotnie. Wybrałem wtedy trasę passatową, przez Kanał Panamski i Sueski. Starałem się zmieścić w czasie krótszym niż rok, więc na Pacyfiku znalazłem się w porze huraganów, co było dość niebezpieczne.

 

Podczas samotnych regat człowiek jest zdany na siebie w dzień i w nocy, czy  każdy dzień nie wydaje się wtedy taki sam?

 

Samotny żeglarz jest uzależniony od pogody i musi stale zachowywać czujność. Istotą samotnej żeglugi jest to, że ustawia się jacht na samosterowność, tzn. jacht płynie bez dotykania steru przez kapitana. Można więc wykonywać różne czynności. Można też normalnie spać. Nie ma rutyny i schematu, natomiast jest ciągła praca, bo niektóre elementy i urządzenia wymagają konserwacji czy napraw. A oprócz tego prowadzi się normalne życie, np. przyrządza posiłki. Żeglarz nigdy nie narzeka na brak pracy.

 

Do jakich samotnych wypraw porównałby Pan rejsy w pojedynkę?

 

Spotkałem się kiedyś z kosmonautami, którym bardzo odpowiadało określenie siebie jako samotnych żeglarzy w kosmosie. Podobieństwo jest duże, bo i tu i tu jest poczucie osamotnienia i oddalenia. Człowiek idący samotnie w góry ma pod sobą przynajmniej twardą ziemię. Kosmonauta wisi w próżni. Żeglarz czuje się dość podobnie – jak zawieszony w przestrzeni i czasie.

 

Dlaczego żeglarz decyduje się płynąć w samotny rejs?

 

Najczęściej pierwszy rejs wynika z nieświadomości, a równocześnie z chęci wypróbowania swoich możliwości. Potem, kiedy już się wie, z czym się to wiąże, samotność staje się ceną, jaką się za to płaci. Ale odczucia natury estetycznej i filozoficznej są tak znakomite, że chętnie się do tego wraca. To jest tak, jakby człowiek zbliżył się do Boga, czy do Nieba, nawet jeśli nie wierzy w Boga. Są chwile uniesienia i stan nieważkości wynikający trochę ze zmęczenia, a trochę ze świadomości, że do brzegu daleko. Człowiek żyje na granicy snu i jawy. Przywołuje obrazy swoich bliskich i znajomych, rozmawia z nimi. Zdarzają się także przejawy jasnowidztwa, kiedy np. leżąc w koi sprawdzam czubek masztu i widzę, że obluzowała się tam jakaś śrubka. Potem naprawdę wchodzę na maszt i faktycznie jest tam obluzowana śrubka! Psychologia pewnie umie to wyjaśnić, ale żeglarz jest pod wrażeniem tego, że jego możliwości są o wiele większe niż normalnego człowieka. Wydaje mu się, że nie ma rzeczy niemożliwych. 

 

Może takie rejsy należy polecać zapracowanym biznesmenom?...

 

Dzisiejsi biznesmeni wyruszają na maksymalnie tygodniowy rejs i to wszystko na co sobie mogą i chcą pozwolić. Dopiero przykre wydarzenia losowe, np. choroby, uświadamiają, że ten wyścig szczurów nie jest konieczny. Niestety, przyszły takie czasy, że pośpiech jest niezbędny. Ale czasem warto się opamiętać, odpuścić sobie.

 

A dokąd Pan jeździ, żeby odpocząć?

 

Wyjeżdżam z żoną na tygodniowe przymusowe opalanie i cierpię wtedy okropnie, bo nic nie robię. Nie znoszę tego stanu! Generalnie wypoczywam żeglując. Nie mam ulubionego akwenu. W najbliższym czasie np. wybieram się na Wyspy Kanaryjskie, żeby tam popływać.

 

Czy wierzy Pan, że cuda się zdarzają?

 

Morze to takie miejsce, gdzie cuda się mogą zdarzać. Czas na morzu staje się bardzo względny. Płynąc na zachód cofa się zegarek, płynąc na wschód popędza się go. Na rejsie Pogorią doszło kiedyś do prawdziwego cudu. Miałem na pokładzie 30-stu chłopców. W czasie pobytu w archipelagu Malediwów, gdzie byliśmy na bezludnej wyspie, jeden z nich ciężko zaniemógł. Nie było wiadomo, co mu jest. Wezwaliśmy pomoc ze stolicy Malediwów. Chłopak pojechał do małego prowincjonalnego szpitala i okazało się, że ma zapętlenie jelita, co mogło grozić nawet śmiercią. I w tym oddalonym od cywilizacji szpitalu było przypadkiem dwóch rosyjskich specjalistów, akurat potrzebnych do przeprowadzenia operacji – chirurg miękki i anestezjolog. Zabieg się udał. Ja to zdarzenie uważam za cud. Dodam jeszcze, że wcześniej płynąc przez Morze Śródziemne byliśmy z wizytą w Rzymie u papieża Jana Pawła II, który nas wtedy błogosławił. I, chociaż jestem niewierzący, widzę duży związek jednego z drugim.

 

 

 

Rozmawiał Paweł Duszak

 
Ranking stron żeglarskich
 
Dekalog wartości
Wystawa portretów 12 osób "którzy niczego już udowadniać nie muszą"
Kapitan i jego sekta
Nasze Morze październik 2011
Ten, który wypił umiera pierwszy
rozmowa Mirka Migasa z miesięcznika "Na Zdrowie"
Dryf i hals to nie pedał i gaz
K.Kowalski "Rzeczpospolita" 12.11.09
Kapitan musi być despotą ("Cogito" nr 16/09)
"Cogito" 16/09
Do szkoły chodziłem z prądem
wywiad "Polska, The Times" 21.07.2008
Po Superkolosie w Gazecie Wyborczej
15.03.2008
Kobieta i styl
mężczyzna, którego warto poznać
Nie potrafię...
wywiad dla londyńskiej "Cooltury"
Drobinka na wielkim oceanie
Allianz wspiera żeglarstwo
Dziennik Bałtycki
Budownictwo Okrętowe
Cigaro
Przekrój
Raport VIP
Elite
Razem - 1980 r.
Bussines Class
Wywiad w magazynie Bussines Class
 
Szkoła pod Żaglami
26.08.2009
reaktywacja
 
 
Projekt i wykonanie Simple Frame