W każdym rejsie wydarza się coś niezwykłego, tak jakby morze miało niesamowitą właściwość kreowania ważkich wydarzeń w oceanie nudnych czynności związanych z żeglugą.
Gdy patrzę na stronę dziennika jachtowego LADY B. z 24 grudnia 1999 roku, zdumiewa mnie monotonia zapisów – jacht przemierzał Pacyfik w drodze z Panamy kursem zachodnim i jedynym zdarzeniem było założenie jednego refu na grocie o godzinie szóstej rano. Wiatr był umiarkowany, ale ref założono nie z powodu wiatru, lecz dla lepszego zrównoważenia jachtu, który sunął regularnie 6–7 węzłów w pasatowej pogodzie.
Tym wielkim wydarzeniem, które w miarę upływu czasu zacząłem coraz bardziej doceniać była łączność radiowa z amatorem krótkofalowcem, kryjącym się pod znakiem KB2PNM.
Z Polski wyruszałem bez radiostacji, gdyż nie starczyło pieniędzy na jej zakup, ale w Panamie trafiła się okazja wyjątkowo taniego aparatu.
Wigilia była pierwszym dniem, w którym mogłem sprawdzić działanie urządzenia. Wołam więc w eter CQ, czyli wywołanie ogólne, tu polska stacja Sierra Papa Five Alfa Tango Victor Micky Mouse. I oto odzywa się stacja amerykańska KB2PNM, ale operator przedstawia się po polsku jako Robert.
 |
| Robert, Aleksander i Monika |
Siedzę więc zaparty o koję i na Pacyfiku słucham ojczystego języka płynącego z Ameryki bez żadnych naleciałości i obcego akcentu. Już w drugiej godzinie rozmowy wiem, że Robert ukończył studia medyczne i wyemigrował w swoim czasie do Stanów Zjednoczonych. Po latach żmudnych praktyk znalazł dobrą posadę w małym miasteczku w Północnej Karolinie, gdzie jest cenionym kardiochirurgiem.
Gdy wraca z pracy, siada do radiostacji. Dom położony jest na wzgórzu, a nad domem góruje antena kierunkowa, którą może obracać w dowolną stronę świata. Dzięki temu słyszę nawet, jak do pokoju Roberta wkracza jego żona Małgosia, by mu wygłosić reprymendę, że siedzi przy radiostacji, a wkrótce mają przyjść znajomi na kolację.
Robert tłumaczy jednocześnie i Małgosi, i mnie, że przecież musi umówić się ze mną na kolejne spotkanie, a także przygotować prognozę pogody na parę dni naprzód. Zdaję sobie nagle sprawę, że na jachcie nie ma drzewka, a skarpety są schowane, bo na morzu ciepło. Prezentów samotnemu żeglarzowi nikt nie będzie przynosił, nawet święty Mikołaj. Dla mnie prezentem jest ta rozmowa w pustce oceanu, gdzie wkroczyło do mnie ciepło domowego ogniska wraz z Robertem i jego sprawami.
Ale moje sprawy są też ważne. Zastrzygłem uszami na wieść, że Robert podrzuci mi prognozę pogody. Niepokoiła mnie bowiem jedna sprawa. Płynąłem w nietypowym terminie – od grudnia do marca na Pacyfiku trwa sezon huraganów. Wprawdzie Wyspy Towarzystwa i ich najważniejsza wyspa Tahiti nie są uważane za region częstych huraganów, ale właśnie nietypowe zachowanie pogody ostatnich paru lat i zniszczenia w portach oraz akcje ratownicze jachtów, wałęsających się w tym regionie, spowodowały restrykcje administracyjne władz francuskich. Nakazały one w sezonie huraganów, czyli w czasie naszej zimy, trzymać jachty na brzegu pod rygorem wysokich kar.
Przeczytałem o tym zarządzeniu w jakiejś locji i przestraszyłem się kłopotów jakie czekają na mnie we Francuskiej Polinezji. Zwierzyłem się ze swojej troski Robertowi w ten wigilijny wieczór, nie wiedząc, że będzie dzwonił na wszystkie strony świata, rozmawiał z francuskimi urzędnikami, sprawdzał informacje w marinach różnych zapadłych kątów Tahiti…
W czasie dalszych tygodni rejsu Robert potwierdził, że zarządzenie antyhuraganowe na Tahiti nie obowiązuje, a w ciągu następnych miesięcy parę razy ostrzegł mnie przed rzeczywistym zagrożeniem. Koło Fidżi nawigowałem na skraju dwóch cyklonów, a Robert podpowiadał mi najbezpieczniejszy kurs. Przy wejściu z Oceanu Indyjskiego na Zatokę Adeńską, słynącą z napadów pirackich, Robert czekał, czy się odezwę. Cisza w eterze miała uruchomić akcję ratunkową. Rozmawialiśmy tak dzień w dzień, przekroczyłem południk 180º, wykreśliłem jeden dzień z życia, przekraczając Linię Zmiany Daty, a potem był kolejny ocean i ostatnie Morze Śródziemne. W tym czasie Robertowi urodził się syn Aleksander…
Robert Krasowski okazał się postacią jak najbardziej realną, gdy zjawił się na zakończenie mojego samotnego rejsu w Vilamoura w Portugalii, a w czasie wspólnego rejsu do Anglii sprawdził się jako wspaniały kompan.
Od tego czasu Robert pilotuje kolejne załogi, niekoniecznie jednoosobowe, w drodze przez oceany, czuwa nad ich bezpieczeństwem, pośredniczy w przekazie informacji.
W mojej pamięci pozostanie jako Anioł Stróż poznany w wieczór wigilijny.