Szukaj na stronie    
   
· O sobie · Jachty · Rejsy · Książki · Filmy ·  Wywiady · Publicystyka · Oferta · Kontakt · Dziennik · Poczta butelkowa ·
· Sklep ·
Budownictwo Okrętowe
 

- Czy dużym nietaktem i nadużyciem będzie stwierdzenie, że żeglarzem został Pan z lenistwa, a kapitanem z wyrachowania?

- (śmiech) To prawda... Z lenistwa, bo wydawało mi się, że żeglarze nic nie robią, tylko korzystają z wiatru.
Piętnaście miesięcy kucharzenia na Śmiałym"
Potem okazało się, że by płynąć trzeba mnóstwo pracować. A kapitanem jestem, bo nie lubiłem gotować, a ten stopień miałby przed gotowaniem chronić. Tak się jednak potoczyło, że w pierwszy rejs popłynąłem nie jako kapitan, tylko właśnie kucharz. Przez 15 miesięcy musiałem gotować na „Śmiałym”. Chyba dobrze to zrobiło mojemu charakterowi, cierpliwości, ogólnej wiedzy o morzu.

- Często podkreśla Pan, że w żeglowaniu chodzi o kształtowanie charakteru.

- Tym, co kochają morze, odradzam zostanie marynarzem. To sposób na znienawidzenie morza czy przysporzenie sobie kłopotów rodzinnych. Niewątpliwie morze jest znakomitym nauczycielem i uważam, że to należy wykorzystać. Żagle są natomiast świetną okazją, by przyjemne połączyć z pożytecznym i nauczyć młodego człowieka porządku, solidności, szacunku dla pracy.

- Pan swoją przygodę z żeglarstwem zaczął z dala od morza, bo we Wrocławiu.

- Tak, zacząłem od Odry i zimowisk barkowych. Potem były Mazury, Zatoka Gdańska, Pucka i wreszcie z Jastarni wypłynąłem w wielki rejs do Gdyni.

- Jak Pan wspomina dziś tę wyprawę?

- Wspaniale. Miałem kilkanaście lat, wszystko miało aurę tajemnicy. Wieczorem przyjechałem do Jastarni, przywitał mnie kapitan. Mogłem przespać noc na jachcie, potem dwa tygodnie na pełnym morzu. To było wielkie przeżycie. Kapitan był wielkim autorytetem. Nie tylko ja go tak wspominam.

- Kapitan nie może sobie pozwolić na utratę autorytetu.

- Kapitan musi być autorytetem i jest nim z natury rzeczy. Chodzi jednak o to, żeby stanął na wysokości zadania. Żeby nie pogrzebał swoich możliwości. Żeby wykorzystał je nie po to, by gnębić ludzi, ale by pokazać, jakie są perspektywy, jak postępować. Tenże kapitan przed rejsem powiedział, gdzie popłyniemy i skrupulatnie plan realizował. Uznałem, że to dowód dobrego planowania. Wielu robi tak, że płyną gdzie ich wiatr poniesie.

- Pan by tak umiał? Płynąć bez celu...

- Trudno powiedzieć. Różnie się zdarzało. Bywało, że nie wiedziałem, gdzie płynę. Ale to się źle kończy.

- W którym momencie pojawiła się myśl, żeby popłynąć samotnie?

- Myślę, że to był efekt długich dni na morzu spędzonych z załogą. Zastanawialiśmy się, czy kapitan jest nam potrzebny, skoro jesteśmy fachowcami, doskonale się rozumiemy i wiemy, co trzeba po kolei robić. Nie wspominając o tym, że w załodze było trzech kapitanów z patentami, łącznie ze mną. Kiedy osiągnie się najwyższy stopień żeglarskiego wtajemniczenia, pojawia się pytanie, co może być jeszcze wyżej. Moim zdaniem to „jeszcze wyżej” to wyrzucenie całej załogi i… niech kapitan pokaże, co potrafi. Zacząłem próbować na Bałtyku. W następnym roku samotnie wystartowałem w regatach. Wszystkie inne ekipy były pełnozałogowe. Sprawiło mi wielką satysfakcję, że nie byłem ostatni. To znaczyło, że ja sam jestem lepszy niż niektóre pełne załogi. Później były eliminacje do „Poloneza”, które wygrałem. I popłynąłem w samotnych regatach przez Atlantyk. Był pamiętny rok 1972, kiedy z Polski wystartował Zbigniew Puchalski i Teresa Remiszewska. Po zakończeniu regat, gdy wszyscy mi gratulowali, przyszedł dobry moment, żeby powiedzieć „To może ja jeszcze kawałek dalej...” I to „kawałek dalej” to było dookoła świata.

- W drodze na Horn „Polonez” przewrócił się i sam wstał.

- I to niejeden raz.

- Nikt nie chciał Panu uwierzyć. W książce „Droga na Horn” pisze Pan o tym, jak zmagał się z siłami natury, a w kraju zbierały się komisje i zastanawiały się, dlaczego „Polonez” się przewraca.

- Bo to zabrzmiało tak, jakbym miał pretensje, że dali mi zły jacht. A to nieprawda. Potem żałowałem, że o tym mówiłem. Ta niewiara była chwilowa, bo niektórzy mądrzy ludzie natychmiast zrobili symulację komputerową z której wynikło, że jachty mogą się przewracać i to masztem do dołu. Regaty Fastnet (1979), które zasłynęły dużą ilością utopionych jachtów i ludzi pokazały, że i na wodach Morza Irlandzkiego i Kanału La Manche jachty się przewracają. To dotarło także do świadomości polskich żeglarzy, więc nie musiałem się już tak mocno tłumaczyć. Ale po 30 latach, na spotkaniach autorskich, też padają pytania „Jak to było z tym grzybem?”.

- Jakim trzeba być człowiekiem, żeby zdecydować się na samotne opłynięcie świata?

- Trzeba lubić swoje towarzystwo, mieć cierpliwość i kwalifikacje żeglarskie, żeby sobie dać radę. Nie każdy tak chce i musi, ale jeżeli ktoś wytrzymuje w swoim towarzystwie, a nawet znajduje w nim przyjemność, czemu nie?

- O swojej samotności na morzu mówi Pan „luksus”.

- Bo pod wieloma względami tak jest. Załoga rodzi konflikty. W gronie 50 ludzi wszystko się może zdarzyć. W takim odniesieniu żegluga samotna naprawdę jest luksusem, skoro nie mam tych wszystkich problemów. Ale są też i szare strony, jak brak towarzystwa. Samotny rejs potraktowałbym raczej w kategoriach wyczynu, który przy okazji jest wielką przyjemnością.

- Opisując swoją samotną podróż używa Pan wielokrotnie liczby mnogiej. „Płyniemy”...

- ... ja i mój jacht. I wszyscy inni – nawet zwierzątko, które przypadkowo trafi na pokład i delfiny, które płyną obok. Te więzi między samotnym człowiekiem, który zaczyna trochę fiksować, a tym, co go otacza, są silne. To bardzo pierwotne uczucie. Odkryłem, że słucham, co delfiny mówią. Gdy wychodzę na pokład, nie słyszę nic. Tylko widzę, że one skaczą. Ale w głębi jachtu, gdy jest cisza, słyszę popiskiwania, które przenikają przez burtę jachtu. I wyobrażam sobie, co one mogą mówić. Gdy wychodzę i widzę, jak baraszkują wiem, że są zadowolone. Tak sobie rozmawiamy...

- Pierwszy samotny rejs był po to, żeby się sprawdzić?

- Zawsze płynę po to, żeby się sprawdzić. To był jednak szczególny wyczyn i szczególna trasa. W tamtych latach jachty nią nie pływały. Były pojedyncze przypadki, o których mówiła historia. Vito Dumas, Alec Rose, Bill King... Przedsięwzięcie bardzo ambitne. Ze strachem, ale puściłem się tamtędy. Henryk Jaskuła, który po mnie płynął tą samą trasą, przebił wynik, bo popłynął non stop.

- W 1999 roku zdecydował się Pan na drugi samotny rejs dookoła świata, na „Lady B.”.

- Zatęskniłem za tym, co dobrze wspominałem. Zapomniałem wprawdzie, jak bardzo się bałem za pierwszym razem i przypomniałem to sobie już pierwszej nocy po wyjściu na morze. Wszystko ma swoją cenę. Tu jest dużo strachu i trochę przyjemności. Dookoła świata płynie się w dwie strony. Albo na wschód, wokół Antarktydy, trasą bardzo trudną i szybką, albo turystycznie na zachód, przez Kanał Panamski, potem przez Kanał Sueski albo dookoła Afryki. Jest się w strefie równikowej, zwrotnikowej, gdzie są pasaty, a więc korzystny wiatr. Skoro jedną trasę zrobiłem i dzięki temu zyskałem w życiu nie rejestrowany dzień, postanowiłem to odkręcić. I straciłem ten dzień. Żeby zrobić tę trasę w ciągu roku, znów zaryzykowałem i wypuściłem się na Pacyfik w porze huraganów. Tego nie należy robić i sam o tym w podręcznikach piszę. Zresztą, trochę kłopotów miałem nie tylko z huraganami. W porze huraganów pasaty zanikają, pojawiają się przeciwne wiatry zachodnie w strefie pasatowej. Wiele wiedząc o tym w teorii z praktyki się przekonałem, że popełniłem błąd. Ale zadanie wykonałem. Rejs skończyłem w 11 miesięcy. Jestem szczęśliwy, że nikt tego nie zrobił w Polsce. Mogę spokojnie usiąść i wypić herbatę.

- Na pytanie „Czy popłynie Pan po raz trzeci” niezmienne odpowiada Pan „Nie, bo nie ma którędy”.

- Ewentualna trzecia trasa wiodłaby z południa na północ. Na północy są lody, a na południu jest kontynent. Niestety, tego się zrobić nie da

- Wielu osobom kojarzy się Pan jednak nie z samotnymi rejsami, a z łódką Bols. Żałuje Pan udziału w tej reklamie?

- Nie. Żałuję, że się wcześniej nie zorientowałem, że to będzie tego typu reklama. Dopóki raz padło „Z pokładu łódki Bols mówił do państwa kapitan Krzysztof Baronowski”, ja i moi najbliżsi uważaliśmy, że reklamuję łódkę. Jak to się powtarzało sto razy czy tysiąc, łódka zaczęła brzmieć dwuznacznie i wszyscy zaczęli się śmiać. A firma wyszła na pierwsze miejsce w Polsce… Przykro mi, że dałem się wpuścić, ale jednocześnie zadanie, dla którego mnie wykorzystano, świetnie zostało wykonane.

- Pod względem marketingowym przedsięwzięcie przygotowano doskonale.

- Moje podejście było jednak inne. To fantastyczny jacht i ja go sprowadzam do Polski. Byłem poproszony jako ekspert, żeby wydać opinię. I powiedziałem „Tak, ja jachtem płynę i przyprowadzam go do Polski”. Rewelacja! Wydawało mi się, że za to powinienem dostać medal. Ale nikt o medalu nie mówił, wszyscy słuchali reklamy. Nawet z trybuny sejmowej mnie potępiono.

- Bo większości osób reklama kojarzyła się jednoznacznie. Mało kto podszedł to tematu tak profesjonalnie, jak Pan.

- Krótko mówiąc, firma mnie podeszła i wykorzystała moją naiwność. Zresztą, nie dostałem pieniędzy za tę reklamę. Gdy miałem do wyboru umowę za reklamę albo stałe zatrudnienie wybrałem zatrudnienie myśląc, że przy takiej wielkiej firmie i ja się pożywię. Tymczasem, po pół roku, już mnie nie potrzebowali. Poza tym, już wcześniej miałem pomysł, że popłynę samotnie i łódka Bols, z całym otoczeniem, bardzo mi przeszkadzała. Otrzepywałem się z tego całego błotka, które tu zaczynało bulgotać, i popłynąłem w rejs.

- Pozbawiając się w ten sposób możliwości obrony.

- I tak się nie wybronię, bo co tu można powiedzieć? Byłem tak naiwny, że to łódka siedziała mi cały czas w głowie. A reklamowałem wódkę.

- A propos łódek w głowie... Ma Pan kolejny projekt nie tylko tam, ale i na papierze. Mówię o „Polonii”.

- Właśnie sprawdziłem w Internecie – z Nowej Zelandii przyszedł piękny, nowy rysunek. A po niedawnym spotkaniu autorskim w Gdyni podszedł do mnie jeden w wychowanków Szkoły Pod Żaglami, dzisiaj dyrektor finansowy wielkiej firmy na Wybrzeżu. Powiedział, że zawsze będzie mi pomocny. Na moje „Znajdź mi kilka milionów dolarów” usłyszałem „Dobrze, porozmawiam z kolegami z banków”. Równocześnie pojawił się dyrektor Stoczni Gdynia. Zapytałem go, czy gdybym już miał te miliony, zbudowałby żaglowiec. Wybudowałby! Mam mu przesłać plan, żeby zrobił kosztorys. Nie wiem, co z tego projektu wyjdzie, chodzę już przecież koło niego od kilku lat. Oczywiście, żaglowiec wykorzystywałby wszystkie doświadczenia i błędy popełnione przy „Chopinie”, a „Chopin” był niejako kontynuacją „Pogorii”. „Pogoria” z kolei otworzyła nową erę w polskim budownictwie stoczniowym, bo po raz pierwszy powstał w polskich stoczniach żaglowiec rejowy. „Dar Pomorza” kupiono od Francuzów, „Lwów” od Anglików. Nie wiem, dlaczego nikt o tym nie mówi, ale w latach 80. żaden kraj na świecie nie budował tylu żaglowców, co Polska. Zagranica doskonale o tym wiedziała. Gdy Kanadyjczycy pożyczali przez osiem lat „Pogorię” na Szkołę Pod Żaglami, postanowili zbudować żaglowiec w Polsce. Nazwali go „Concordia”, kapitanem zrobili Polaka – i tak jest do dziś.

- Kanadyjczycy pożyczyli Szkołę Pod Żaglami, bo w Polsce Pana pomysł spotkał się ze średnim entuzjazmem.

- Nie chciano mnie z kraju wypuścić! Byłem szczęśliwy, że mogłem wypłynąć, ale dopadli mnie w Pireusie i tam zaaresztowali, żeby przerwać "ten haniebny rejs". Jakoś się wybroniłem i popłynąłem dalej. Pieniędzy z kraju nie dostałem, musiałem zdobywać je z zagranicy. Tu akurat bardzo pomógł mi papież… Gdy powiedzieliśmy, że potrzeba nam wody, paliwa i pieniędzy, dostaliśmy wszystko. Wodę z nabrzeża, paliwo z cysterny, a po mszy u Ojca Świętego sekretarz wsunął mi do kieszeni kopertę. Po drodze zarabialiśmy zabierając gości. Przedsięwzięcie jakoś się sfinansowało. Natomiast Kanadyjczycy wzięli nie tylko pomysł, ale też „Pogorię” i mnie jako kapitana. Gdy w Montrealu była pożegnalna odprawa z dziennikarzami usłyszałem, że Kanadyjczycy są prekursorami zmian w edukacji. „Oto nasza Szkoła Pod Żaglami, którą wymyśliliśmy. Zgłaszamy ją do sekretarza generalnego ONZ i ambasadorów na trasie jako unikalny, kanadyjski eksperyment”. Ja tam stałem i musiałem słuchać, jaki mieli świetny pomysł…

- Teraz Szkoła Pod Żaglami znowu jest w Polsce, bo młodzież pływa na „Chopinie”.

- Na „Pogorii” również. Na „Chopinie” semestr wiosenny zacznie się 2 maja. Młodzież przyprowadzi żaglowiec do kraju. Teraz zaczynają się rejsy na Karaibach z nurkami, bo uznali żaglowiec za bardzo dobrą bazę. Jesienny semestr w szkole zapowiada się interesująco, bo prawdopodobnie młodzież popłynie do Afryki Południowej przez Brazylię.

- Wróćmy jeszcze do „Poloneza”. Miał burzliwe dzieje, a teraz niszczeje w Szczecinie.

- Od lat. Zniszczał, kiedy kupił go Lech Grobelny i nic z jachtem nie robił. Parę lat temu z kolei kupił go prywatny inwestor. Też nie dał rady finansowo i sam kadłub kupili znajomi. Chcieli  coś z nim zrobić, ale na razie nie bardzo są w stanie. Było mi o tyle przykro, że nikt się za „Polonezem” nie ujął. Tak, jakby to był wrak. A to piękny jacht, dobra nazwa. Można było to wykorzystać. Moja wina, że zaniedbałem tę sprawę, ale zajmowałem się „Pogorią”, a potem „Chopinem”. I to dopiero były burzliwe dzieje.

- „Chopina” Pan stracił, a potem żaglowiec do Pana wrócił.

- Bank się upierał, żeby odebrać żaglowiec. Nikt tam sobie nie zdawał sprawy z innej wartości, jaką  przedstawiał „Chopin”. Miasto Szczecin obiecywało, że przejmie żaglowiec, na co bank liczył, ale ważniejsza okazała się budowa oczyszczalni ścieków. Bank próbował eksploatować „Chopina”, ale to za bardzo nie wychodziło. I pojawiła się uczelnia zakładana przez mojego wychowanka. Doskonale wiedział, co taki żaglowiec może dać młodzieży. W ten sposób Europejska Wyższa Szkoła Prawa i Administracji, chyba jako jedyna uczelnia niemorska w Europie, ma żaglowiec.

- Ta nowa jednostka też miałaby być wykorzystywana do celów dydaktycznych?

- Młodzież pływałaby na długich przelotach oceanicznych jako załoga transportująca jednostkę, przy okazji odbywając zajęcia. Krótkie rejsy w Europie latem i zimą na Karaibach byłyby biznesowe, o wysokim standardzie. Żaglowce pływają po Karaibach i świetnie zarabiają. Nie wiem, czy i my byśmy świetnie zarabiali, ale byłyby przynajmniej jakieś podstawy materialne.

- Myślał Pan o przeprowadzce nad morze?

- Po zakończeniu w Łebie rejsu na „Lady B.” myślałem, że to by było dla mnie dobre miejsce, ale cena działki okazała się za wysoka. Oczywiście, nie musiałaby być to Łeba. W Gdyni na Kamiennej Górze też mógłbym mieszkać. Ale ja bardzo lubię góry. Warszawa jest akurat pomiędzy górami i morzem.

- Jest na świecie miejsce, do którego Pan nie dotarł?

- Nie typuję miejsc, do których muszę podróżować. Nie czuję się podróżnikiem. Ubolewam nad tym, że nie znam Chin, Japonii czy Indonezji, ale nie aż tak, żebym musiał koniecznie te miejsca „zaliczyć”. Byłem kilka razy w Rio de Janeiro i w Kapsztadzie, lubię te miejsca. Wolałbym popłynąć jeszcze raz do Valparaiso niż pierwszy raz do Szanghaju. Chcę być tam, gdzie mi się spodobało. Być może Szanghaj też by mi się spodobał. Może jest jeszcze czas, żeby to nadrobić.

 

 
Ranking stron żeglarskich
 
Dekalog wartości
Wystawa portretów 12 osób "którzy niczego już udowadniać nie muszą"
Kapitan i jego sekta
Nasze Morze październik 2011
Ten, który wypił umiera pierwszy
rozmowa Mirka Migasa z miesięcznika "Na Zdrowie"
Dryf i hals to nie pedał i gaz
K.Kowalski "Rzeczpospolita" 12.11.09
Kapitan musi być despotą ("Cogito" nr 16/09)
"Cogito" 16/09
Do szkoły chodziłem z prądem
wywiad "Polska, The Times" 21.07.2008
Po Superkolosie w Gazecie Wyborczej
15.03.2008
Kobieta i styl
mężczyzna, którego warto poznać
Nie potrafię...
wywiad dla londyńskiej "Cooltury"
Drobinka na wielkim oceanie
Allianz wspiera żeglarstwo
Dziennik Bałtycki
Budownictwo Okrętowe
Cigaro
Przekrój
Raport VIP
Elite
Razem - 1980 r.
Bussines Class
Wywiad w magazynie Bussines Class
 
Szkoła pod Żaglami
26.08.2009
reaktywacja
 
 
Projekt i wykonanie Simple Frame