Uwaga na śpiące wieloryby
Z kapitanem Krzysztofem Baranowskim rozmawia Beata Jajkowska
- Który stan jest dla pana trudniejszy: samotność czy strach?
- Te stany nie są porównywalne. Samotności nie wybieram dlatego, że nie lubię towarzystwa, ale dlatego, że jest to najlepszy sprawdzian kwalifikacji żeglarskich. Na morzu jestem zdany tylko na siebie, nikt mnie nie wyręczy, a moje życie jest w moich rękach.
- Chyba nie chce pan powiedzieć, że samotnym wyprawom dookoła świata na niewielkim jachcie nie towarzyszy strach?
- Ależ towarzyszy. Najbardziej odczuwam go na początku rejsu, potem, gdy kolejne dni mijają bez problemów, zaczynam się przyzwyczajać i traktować strach jako część rzeczywistości.
- Można się przyzwyczaić do strachu?
- To trudne, ale można. Najbardziej boję się, gdy skala barometru podczas ładnej pogody nagle leci w dół. To oznacza, że za dzień lub dwa nadejdzie sztorm i nie wiadomo jaka będzie jego siła i czym się on dla mnie skończy. Próbuje się wtedy czymś zająć – zamykam włazy, zmniejszam powierzchnię żagli, wypompowuję wodę, przygotowuję prowiant, by był pod ręką, ale strach towarzyszy mi cały czas.
- Nie boi się pan, że w czasie sztormu wypadnie pan za burtę, a jacht popłynie dalej?
- Przy trudnej pogodzie zakładam szelki i wpinam się w część takielunku. Z morzem nie ma żartów. Nawet mistrzowie giną, gdy nie zachowają ostrożności. Eric Taberly, gwiazda francuskiego żeglarstwa, nigdy się nie wpinał. Kiedyś przy złej pogodzie uderzył go gafel (ruchomy drzewiec do rozpinania żagli) i wypadł za burtę. Jego zwłoki znaleziono wiele czasu później. Ale szelki też nie zapewniają pełnego bezpieczeństwa. Znaleziono żeglarza, który w szelkach płynął za jachtem. Już nie żył.
- Pan też był kiedyś blisko śmierci, gdy wywrócił się jacht. Nie powiedział pan wtedy „nigdy więcej”?
- Nigdy tak nie powiedziałem. Kończąc pierwszy, bardzo trudny rejs dookoła świata, już miałem w planie kolejne.
- A nie miewa pan koszmarów po nocach?
- Średnio raz na pół roku śni mi się, że jacht idzie na dno, a ja się nie mogę wydostać z kabiny, albo że na pokładzie omotał mnie żagiel.
- To nie szaleństwo tak ciągle zaglądać tej śmierci w oczy?
- Nie chcę zaglądać śmierci w oczy. Oprócz koszmarów mam też wspaniałe wspomnienia. One przeważają. Samotny rejs to okazja, by porozmawiać z samym sobą, sformułować swoje poglądy, określić się. Albo pogadać ze znajomymi. Prowadzę takie komfortowe rozmowy, nikt mi nie przerywa, toczą się one tak, jak sam sobie życzę.
- Ze znajomymi na pustym jachcie?
- Jak najbardziej (śmiech). Długa samotność jest okazją do wewnętrznych eksperymentów. Wyobraża sobie pani, że można wyizolować się od ciała? Zdarzało mi się, że moje ciało zostawało na koi, a umysł wędrował na wierzchołek masztu. Wchodziłem tam, widziałem wszystko z góry, sprawdzałem która śrubka jest luźna i schodząc wzdłuż masztu oglądałem wszystko po kolei. Nie miałem świadomości, że leżę na koi, ale że wędruję.
- Często zdarzają się panu takie wędrówki poza ciało?
- Częściej zapraszam kogoś na pokład, widzę go i z nim rozmawiam. Potrafię nagle znaleźć się w innym świecie. To jest trochę jakbym przekroczył granicę dla innych ludzi nieprzekraczalną. Granicę między życiem a śmiercią. Bo żeglarz, pływając tak zygzakiem, ciągle przekracza granicę i czasami nie ma już z niej powrotu. Jeden hals w życie, jeden hals w śmierć. Wiem, że mam zdrową psychikę, ale korzystam jakby z podwójnego życia
- Inni samotni żeglarze też mają takie odczucia?
- Pewien psycholog, który ze mną rozmawiał, pisał książkę o samotnych żeglarzach. Tam przeczytałem, że inni podobnie przeżywają samotność. W sytuacjach stresowych, gdy jest bardzo duże napięcie i zmęczenie, to jest normalnym stanem. Ale przy przekroczeniu pewnej granicy może być niebezpiecznie. Następny krok może być krokiem za burtę.
- Nie boi się pan takiego momentu?
- To może być wybór świadomy, może specjalnie kiedyś nie będę chciał wrócić. Swoje życie przeżyłem, więc...
- ... więc zmieńmy temat. Podobno można nawet pogadać z wodą?
- Na morzu wszystko gada, tylko trzeba umieć się wsłuchać. Gdy siedzę wewnątrz kadłuba, słyszę jak między sobą rozmawiają delfiny. Wydają takie wysokie, cienkie dźwięki. Bywało, że mnie budziły tym gadaniem. Na jachcie każdy odgłos coś mi mówi. Gdy na pokład cichutko spadnie nakrętka od śrubki, to jest dla mnie największy alarm, bo to znaczy, że ona odkręciła się z masztu i za chwilę jakaś lina spadnie. A wtedy spadnie cały maszt i katastrofa gotowa.
- Ja bym oka nie zmrużyła...
- A ja stawiam żagle i sypiam do oporu. Na otwartym oceanie jest pusto. Nie wszędzie są góry lodowe, a statki mają swoje trasy, oznaczone na mapach. Gdy przekraczam taką trasę, a trwa to najwyżej dobę lub dwie, to nie ma mowy o spaniu. Huragany chodzą też określonymi trasami i w określonej porze roku. O wiele gorzej jest na Bałtyku. Statków jest dużo, brzeg blisko, gór lodowych wprawdzie nie ma, ale ciągle jest jakieś zagrożenie. Nie mogę sobie pozwolić na kilka godzin snu, bo na przykład rozjedzie mnie pijany rybak. Więc śpię 15-20 minut.
- Chce pan powiedzieć, że ocean jest bezpieczny, a po takiej kałuży jak Bałtyk strach żeglować?
- Owszem, na oceanie bywają przypadki losowe. Płynie sobie kontener, który został zgubiony przez jakiś statek, uderza w jacht i koniec. Albo śpi sobie wieloryb, wjeżdżam na niego, on się zawija i ogonem topi jacht. Albo orka myśli, że jacht to wieloryb i atakuje robiąc dziurę w burcie. Trzeba uważać, ale to przypadki jeden na milion.
- Lubię rozgrywać z morzem swoje szanse – to pana słowa. To nie jest uczciwa gra. Wielki ocean i samotny żeglarz na małej łupince. Przecież to morze, a nie pan wyznacza zasady tej gry?
- Mam wielki szacunek i pokorę dla morza, tam każda sekunda jest walką o przetrwanie. Tylko dzięki swoim umiejętnościom i walorom jachtu mogę zawdzięczać to, że przeżyję.
- Nie lepiej pływać z załogą? Jest do kogo otworzyć buzię, w grupie raźniej, a i o pomoc łatwiej?
- Załoga przez samą obecność wprowadza problemy. Ile osób, tyle charakterów, które w ekstremalnych sytuacjach stają się jeszcze bardziej jaskrawe. Będąc sam wiem na co mnie stać. W rejsach załogowych muszę zachować jeszcze większą czujność niż w samotnych.
- Nudno być tak miesiącami samemu ze sobą. Nie tęskni pan za ludźmi?
- Bardzo. Gdy pływa się samotnie, zapomina się o starych urazach. Wszyscy są mili, kochani, dobrzy. Ale gdy wracam, uświadamiam sobie, że z tymi zaletami to chyba przesadziłem (śmiech)
- Takie rejsy pewnie zmieniają osobowość człowieka?
- Każdy, kto był dłużej na morzu, zwłaszcza w samotnym rejsie, ma trudności adaptacyjne. Przejawiają się depresją, złym nastrojem. Powroty są ciężkim przeżyciem i trzeba się do nich dobrze przygotować, bo można stracić głowę. Najważniejsze jest nie uważać się za bohatera, bo czas bohaterów szybko mija. Większość samotnych żeglarzy po długim rejsie zmienia pracę, rodzinę otoczenie lub wariuje. Znam 2-3 przypadki samobójstw z tego powodu, bo człowiek nauczył się rozmawiać z Bogiem jak równy z równym.
- Gdy opływał pan samotnie świat po raz pierwszy był pan drugim Polakiem po Leonidzie Telidze, który takiego wyczynu dokonał. Wybrał pan najtrudniejszą z tras. Wiedział pan, że w tamtym stuleciu tylko pięciu żeglarzom udało się z takiej wyprawy wrócić?
- Wiedziałem, że będę pionierem wśród polskich żeglarzy, jeśli oczywiście dopłynę. Leonid Teliga nie wrócił do kraju jachtem, schorowany wrócił samolotem. Nie martwiłem się co spotkało ludzi przede mną, ale czy mi się uda. I udało się, pobiłem nawet przy okazji rekord świata.
- Prawie po 30 latach wyruszył pan wokół świata po raz drugi. Do dziś jest pan jedynym Polakiem, który dwukrotnie sam okrążył kulę ziemską. Chciał pan trafić do podręczników historii?
- Nie chodziło mi o sławę. Takie rzeczy robi się dla siebie, dla intymnych przeżyć i cudownych wspomnień. Teraz też jeszcze chciałbym popłynąć.
- Więc będzie trzeci rejs dookoła świata?
- Ziemię można opłynąć w jedną stronę lub w drugą. W poprzek się nie da, bo są lody po drodze. Nie chcę nabijać sobie licznika. Na razie nikt mi nie zagraża, więc nie muszę się wysilać.
- Sprzedaje pan „Lady B.”, jacht, którym po raz drugi opłynął świat. Nie żal?
- Żal, ale mnie na niego nie stać. To stary jacht, jego utrzymanie jest kosztowne. Sponsorów nie ma, sam nie dam rady.
- Co dalej, kapitanie?
- Opiekuję się żaglowcem „Fryderyk Chopin”, który należy do Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji w Warszawie, gdzie pracuję. Jesienią chcemy zrobić na nim imprezę grupującą studentów prawa z całej Europy. Premier RP objął patronat nad tym rejsem i myślę, że będzie to coś ciekawego. Mam plany, by zbudować nowy, bardzo luksusowy żaglowiec, o nazwie Polonia. Jest już projekt, ale brakuje sponsorów.
- A ile trzeba wyłożyć na taki super jacht?
- Pieniądze da bank, a sponsor musi tylko dać gwarancje kredytowe. Taki jacht na siebie zarobi, tak budowałem „Chopina”. Koszt to około 5 milionów euro.
- Gdyby pan złapał złotą rybkę, co w pana przypadku jest realne, jakie miałby pan trzy życzenia?
- Zdrowie, mądrość i serce. Gdy będę zdrowy, mądry i kierował się odruchami serca, to sam sobie resztę załatwię. Wtedy chciałbym, by nasz naród stał się bardziej morski. To straszne, ale dzisiaj w Gdyni nie widziałem na redzie portu ani jednego statku!
 |
| "Polonia", na razie tylko na papierze. |